Obediencowe anegdotki :)

Zwykły wpis

Ale najpierw, coby dodać koloru…

Z maja zeszłego roku, wynalazłam i mi się podoba :). A jak zielono było!

Anegdotka pierwsza – z psem się nie zakładaj.

Przypomniałam sobie o tym przy okazji dopracowywania szczególików pewnej obediencowej komendy. Półtora roku temu z zapałem zabrałam się za uczenie małego i młodego (w sumie nadal jest mały i młody, ale mniejsza z tym) Fluczka absolutnych podstaw posłuszeństwa. Z siadem problemów nie było – z warowaniem też nie, ale stoczyliśmy małą i żartobliwą batalię.

Otóż gnojek ubzdurał sobie, że nie będzie robił pac tak jak uczę go ja (poczynając od przednich łap, przez tzw. „ukłon”), tylko tak, jak chce on (technika autorska – jednoczesne odsuwanie dupska do tyłu i pchanie łap do przodu). Uparł się tak bardzo, że dałam mu spokój, ale założyliśmy się, że nie da rady dokonać tej dziwnej sztuki na podłożu innym niż dość śliskie deski w pokoju.

Jak wszyscy zapewne zgadną – radę dał, nawet na betonie – co więcej – waruje taką metodą do dziś, dzięki czemu ma wprost błyskawiczne pacanie w marszu. Coby się pewnie nie udało aż tak fajnie, gdybym postawiła na swoim…

Anegdotka druga – czepiać się nie warto.

Wczoraj, zachęceni (ha ha) przepiękną (ha ha ha) pogodą, wyruszyliśmy na pobliską łączkę w celu poćwiczenia obedience. A dokładniej chodzenia przy nodze ze zwrotami i zakrętami. Na początku wszystko było w porządku, jednak po paru ćwiczeniach (dostawianiu, zatrzymywaniach co parę kroków) prędkość i precyzja Fluczka znacznie spadła. Odłożyłam go więc i zaczęłam się zastanawiać dlaczego… motywacja w porządku, samopoczucie też, wszystko gra! Wróciliśmy do ćwiczeń. Aport, zostawanie… Jednak kiedy zabrałam się za ćwiczenie pozycji „stój” i w ramach tego obeszłam burka dookoła… o mało nie zemdlałam.

Tylu rzepów na portkach, brzuchu i ogonie nie widziałam NIGDY. A mam szetlanda :).

Anegdotka trzecia – pan i władca.

Dokładnie z tego samego dnia, kiedy pozbyliśmy się już uporczywych rzepów, ostatnim ćwiczeniem było odłożenie z przywołaniem. Staram się sygnalizować mu postawą ciała, kiedy może się rozluźnić, bo poleży nieco dłużej, a kiedy ma cały czas być bardzo uważny, bo zaraz go zawołam. Przeszliśmy więc kawałek, wydałam komendę ‚platz’, odwróciłam się i potuptałam z jakieś dwadzieścia metrów od miejsca, gdzie został burek. Odwróciłam się ponownie, tym razem przodem do niego i rozluźniłam. W tym samym momencie Fluk przybrał arcypoważną minę i założył łapę na łapę (odkąd się tego nauczył lubi tym szpanować). Tego wytrzymać nie byłam w stanie, zaczęłam się śmiać, potknęłam się i wylądowałam na tyłku w błotnej kałuży. Na szczęście Fluk wytrzymał w swojej pozycji – ale ja dziękuję za takie atrakcje ;).

KJF. Notka bez J-ota, bo jemu nie w głowie takie sprawy :).

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s