Jak to się stało?

Zwykły wpis

Jak to się stało, że ja, agilitowiec-obediencowec od samego początku niemal fanatyk tych dwóch dyscyplin, obecnie spędzam dość sporo czasu rozbijając się rowerem po lesie?

Ano – z Jimmem trochę jeździłam, jako, że szelciak sam w sobie nie przepada za bezsensownym intensywniejszym ruchem na spacerach, a trzeba było go trzymać w formie (i warto wspomnieć, że wtedy jeszcze zabawki były czymś wybitnie obrzydliwym), tempo potrafił rozwinąć całkiem znośne i jakoś przyzwyczaiłam się do ciągłych uwag pań w moherowych nakryciach głowy, że biednego małego pieska męczę (a tenże piesek w tym momencie wyprzedza mnie i chce szybciej!). Potem nadeszły jednak Jimowe kontuzje, a potem nadeszła marmurkowa apokalipsa.

Flai na początku nie był uczony ciągnięcia i generalnie na smyczy nie ciągnie. Po roku zaświtał mi ambitny pomysł dogtrekkingowania z Konikiem. Po pierwszych testach na zwykłych szeleczkach i smyczy, połączonych ze sobą gumową linką do mocowania bagażu (całkiem udolnie udaje amortyzator), okazało się, że burek ma ogromną pasję ciągnięcia i uważa to za swój cel życiowy (aha…). Sprawiłam więc dzieciakowi Rowerlandowskie szelki (bardzo polecam, btw) i linkę z amortyzatorem. I od tej pory założenie tego ustrojstwa na psi grzbiet wywołuje wisk ekscytacji.

Początkowo nawet nie myślałam o rowerze (no bo przecież ja się z nim zabiję!),  generalnie na wieść o tym pomyśle wszyscy pukali się w głowie. Nauczyłam go więc biegać przy rowerze, elegancko, kłusikiem… Ale po zimowej przerwie, kiedy zabrałam go na pierwszą wycieczkę, okazało się, że on już ani myśli być grzecznym truchtaczem i obudziła się w nim żyłka zaprzęgowca. Do dziś pamiętam pierwsze nieśmiałe sprinty z ręką kurczowo zaciśniętą na kierownicy, pierwszy przejazd na długiej linie, pierwsze spotkanie z drzewem. Aktualnie podróżuje się z nim całkiem przyjemnie, wie, kiedy nie można się rozpędzać (jeszcze), kiedy wyjść do przodu, lekko napinając linę (nie posiadam zaawansowanego sprzętu bikejoringowego, linę przywiązuję w skomplikowany sposób do kierownicy, więc muszę uważać, by nie trafiła pod koło), wie kiedy pomóc mi ruszyć rower do przodu (jeśli wsiadam pod górkę). Zwalnia, skręca, staje i rusza na komendę, jest bardzo skupiony na tym, co robi, gdzie biegnie i na tym, co ja tam do niego nawijam.

I ciągnie. Z całych sił.

I tak, zamiast krzyczeć „aport” lub „góra”, krzyczę „GO!”.

P.S: Mam nadzieję, że ktoś, kiedyś, zrobi nam wypasioną sesję bikejoringową :)

KJF

Reklamy

2 responses »

    • Szczerze wątpię – nie bardzo stać mnie na lepszy rower, osprzęt i strój plus transport tego wszystkiego na południe Polski… Więc zostaniemy na Podlasiu i będziemy dalej trenować amatorsko ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s