Say hello to your brain!

Zwykły wpis

Znaczy się znajdź swój musk kochanie :)

Parę dni temu wyszłam z Flainiętym na pobliski trawnik z zamiarem poćwiczenia czegoś, co przez ostatnie dni przypominaliśmy sobie w domu – targetu. Z owym przypominaniem też łatwo nie było, bo przez te parę miesięcy ktoś podmienił mi psa. Doszliśmy jednak do ładu i całe ćwiczonko (pozycja zasadnicza, wysłanie do targetu na jakieś 8 metrów naprzód, pies staje na targecie, jednocześnie obracając się w moją stronę, nagroda) zdawało się działać poprawnie. Warto też zauważyć, że wiosną roku poprzedniego mój kochany Flainięty był psem nade wszytko kochającym posłuszeństwo. No cóż.

Zaczęliśmy oczywiście od podstaw, czyli stoimy tuż przy targecie, potem kroczek, dwa – w ruch idą smaczki, kliker, wszystko teoretycznie gra. Ale co chwila burek nieco się rozprasza, zerkając w kierunku, w którym (według mnie) nic interesującego nie ma. Błąd. Plecak był ;) A w plecaku…

Ponieważ zazwyczaj podczas ćwiczeń używam różnych rodzajów nagród (sprowadzających się zazwyczaj do a) smaczków b) piłeczki rzuconej i c) szarpaka/piłeczki na sznurku do szarpania), tak i tym razem, zachęcona pierwszymi optymistycznymi próbami wyjęłam z plecaka piłkę i umieściłam ją w swojej kieszeni. I w tym momencie „pyk!” – żegnaj umyśle!

Bo przecież „target” oznacza (zgodnie z wcześniejszym oznaczeniem):

  1. a) rzuć się na podkładkę dzikim skokiem, no bo przecież jest ona podobna do frisbee… czyli jest okrągła, racja;
  2. b) przebiegnij nad targetem, wykonując kolejny dziki skok i popędź przed siebie z wyrazem zachwytu na mordzie…;
  3. c) pobiegnij do przodu, stań jakieś dziesięć metrów od podkładki, obróć się w moją stronę i udawaj, że nie rozumiesz;
  4. lub ewentualnie, jeśli już tak nalega, udaj się statecznym krokiem na podkładkę, stań na niej, a na komendę zwalniającą obij się od jakiejś części ciała swojej pańci (ekhm) i podpierdziel piłkę, stwierdzając, że pierdolisz, nie robisz;

I znowu nie rozumiem mojego psa, dla którego ostatnio jakakolwiek robota oznacza bieganie w pizdu za piłeczką, ewentualnie dyskiem, ewentualnie przelatując nad jakimiś hopkami po drodze. I znowu muszę się nauczyć z nim koegzystować.

Na razie… to ja mu w pizdu piłeczkę rzucam :). I tak nam chwilowo dobrze.

A szelciak zaczyna odmarzać i stwierdził, że na trawie to i owszem, można żyć :)

 

KJF

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s