Fotofluki śląskie :)

Zwykły wpis

Tytuł jakby znajomy, prawda? :) Fotofluki śląskie ostatnio dotyczyły kozłowskiego agilitowania, tym razem to chorzowskie frisbowanie.

Autorem według danych picasy jest Jan Szarwark, ale podpiszę tak, jak na zdjęciach.

Foto: Jangcy

Bardzo bardzo dziękuję!

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

foto: Jangcy

I powiem wam w sekrecie – już powstaje freestyle na Wrocław. I o ile w Chorzowie odpuściłam sobie szołmeństwo, to tym razem… strzeżcie się pary wariatów z podlasia :)))

KJF

Czynnik ludzki

Zwykły wpis

Wrażenia po DCDC Chorzów mieszane – głównie przez czynnik ludzki, jak widać w temacie wpisu. Nigdy nie myślałam, że jestem w stanie tak, powiedzmy sobie szczerze, spieprzyć mojemu psu freestyle. Bo przecież Fuu umie bardzo dużo, jest kapitalny w tym co robi… tylko ja jeszcze ni potrafię tego pokazać. Po prostu. JA :) Przyznaję się bez bicia, żem winna. Wprawdzie i Fuu nie dał z siebie wszystkiego, nie pracował tak, jak potrafi, ale na ile moje zachowanie na to wpłynęło nie potrafię powiedzieć. Pewnie jakbym się ogarnęła, to i jemu ułatwiłabym sprawę ;)

Nie lubię roztrząsać „co by było gdyby”. Wiem dobrze, że gdybyśmy staranniej przygotowali ten free, albo chociaż raz przećwiczyli cały z uwzględnieniem limitu czasu wszystko ułożyłoby się znacznie lepiej. Ale teraz już wiem, czego się po moim psie spodziewać, czego się spodziewać po sobie (niezbyt wiele ;)), wiem, że musimy zainwestować w nowe dyski, wiem, że potrzebuję wyćwiczyć parę istotnych elementów. Nie chcę mówić o samych negatywach – jestem całkiem dumna z rundy toss&fetch i niebagatelnej (z mojej perspektywy) sumy 12 punktów, na którą złożyły się lepsze i gorsze, ale wszystkie złapane (!), rzuty. Wprawdzie muszę poćwiczyć jeszcze dalsze i wyższe rzuty, opracować osobną strategię na t&f, bardziej wysyłać psa naprzód, ale i tak nie było to masakryczne. A wierzcie mi – mogło być ;)

Niewiele osób tak naprawdę widziało Flaiowe początki. Nie było łatwo i to nie jest tylko zwyczajna gadka motywacyjna – naprawdę zabrało mi dużo czasu, by doprowadzić wszystko do obecnego stanu. Stanu, kiedy mogę iść na łąkę i porzucać, nie martwiąc się o takie rzeczy jak aport, motywacja czy nie bojąc się innych technik rzutowych. Nie jest idealnie – ale mnie straszliwie nudzą ideały :)

Podsumowując krótki acz treściwy wywodzik: ogólnie z zawodów jestem zadowolona: znacznie bardziej z psa niż z siebie, znacznie bardziej z t&f niż free, znacznie bardziej z ogólnej pracy niż wyniku.

Do zobaczyska we Wrocławiu!

KJF

Whatever will be :)

Zwykły wpis

Jak widać Fuu już mentalnie przygotowany :) Ja też.  przygotowaniem faktycznym jest kiepsko.

Dzisiaj dzień załatwiania spraw różnych.

Właściwie to głupio już cokolwiek pisać… whatever will be, will be ;)

Ale wrzucam coś, zgodnie z nieoficjalną codzienną tradycją, a wiem, że sporo osób zagląda na flaiersowego bloga. Nie chcę ich-was zawieść ;) Jest to 139 wpis – strasznie szybko ten czas leci…

Pozdrowienia od KJFów!

Countdown

Zwykły wpis

Countdown… do Chorzowa zostały trzy, wliczając dzisiejszy, dni, a my nie ruszyliśmy jeszcze całości układu. Szczerze? Oprócz dwóch pierwszych sekwencji, zajmujących minutę z kawałkiem, będziemy po prostu improwizować. Wyczekuję tego wyjazdu bardzo niecierpliwie, z wielu względów, a równocześnie nie obraziłabym się, gdyby raczył się przesunąć o jakieś dwa tygodnie. Na pewno pewne części mnie (a już szczególnie lewe udo/biodro, to od reverse chest /powiedzmy/ vaultów) odetchną po tym weekendzie z ulgą. Cóż, zapewne czeka nas chorzowska masakra – najwyżej ogolimy się na łyso, zrobimy na czarno i wyjedziemy do Mongolii, gdzie nikt o Fuu nie słyszał :)

Fuu ma łatwiej, bo nie wie, co go czeka. A Jim ma olewkę na cały świat, bo jest zajebisty po prostu. Taki jest.

Pozdrawiamy z pola bitwy, z którego na razie wychodzę pokonana ;)

KJF

Jest fajnie.

Zwykły wpis

A będzie jeszcze fajniej ;)

Uwielbiam, kiedy życie mnie zaskakuje, jeszcze bardziej uwielbiam, jeśli zaskakuje mnie pies i to na tydzień przed zawodami. I to w momencie, kiedy mocno zastanawiałam się, czy jest sens w ogóle podejmować takie wyzwanie. Oznajmiam wszem i wobec: passingi wróciły i mają się bardzo dobrze. Podobnie aroundy. Overy. Odpuściliśmy wczoraj vaulty, jestem frisbee girl i siniaków/szram/krwi się nie boję, ale bez przesady ;). Masochistką z kolei nie jestem i nie zamierzam w najbliższej przyszłości zostać.

Martwi mnie tylko stan dysków, które z treningu na trening mają się coraz paskudniej. Niestety koszt kompletu mnie absolutnie przerasta, mam nadzieję, że nie będę zmuszona do skorzystania z talerzyków DC, bo nie jestem do nich zbytnio przyzwyczajona – ale jeśli destrukcja naszych niebieskich Xtrasów będzie postępować w takim tempie, to będzie to nieuniknione. Mimo wszystko jest to przyjemniejszy dla portfela sport niż agility, do tego pozwala mi wykorzystać zalety mojego psa, a niektóre z nich w agility nie są może wadami – ale przeszkadzają.

W ogóle ostatnio zmieniłam front, a zarzekałam się, że to nigdy nie nastąpi. Cóż… Po pierwsze: nie chciałam aussika (tym bardziej samca i to marmurka? wolne żarty), po drugie: nie chciałam robić żadnego frisbee (agility, obedience, a nie jakieś ciepanie plastikiem, zlitujcie się!), po trzecie: nie mam już wyboru. Wsiąkliśmy. Na dobre.

Idę wybierać muzykę na free, cały czas waham się pomiędzy trzema piosenkami, z których pasuje każda – w zależności od mojego nastroju raz jedna lepiej, raz druga.

Wczorajsze dowodne Fuu.

KJF

Progres-regres…

Zwykły wpis

I tak to powoli idzie. Raz jest lepiej, raz gorzej – na wczorajszym treningu byłam załamana passingami, nie wychodziły w ogóle, a to jeden z, powiedzmy, pewniejszych elementów naszego freestyle’u. Z kolei wszystko inne było w miarę w porządku, o czym świadczą kolejne jakże urocze ślady na biodrze, plecach, ramionach… Żyć nie umierać ;)

Fuu zresztą bardzo dziwnie robi vaulty… właściwie są to overo-vaulty, bo przednie łapy przelatują nade mną swobodnie i dopiero tylne odpychają ozikowe cielsko w górę. Jak w taki sposób udaje mu się wzlecieć tak wysoko do góry? Nie mam pojęcia, ale najwyraźniej działa. Jeszcze nie udało mi się go namówić na poprawnego chest vaulta na przykład. Możliwe, że jestem po prostu za niska dla mojego podniebnego burka.

Uwielbiam zdjęcie powyżej, jedno z najpiękniejszych zdjęć Fuu, które wykonałam.

Dzisiaj dajemy spokój bajkowi, idziemy pływać. W końcu… lany poniedziałek :)

KJF

To-Fuu

Zwykły wpis

Widzę światełko w tunelu, jeśli o nasze frisbee chodzi. Może coś z tego wyjdzie, może nie, ja jakoś się tym za bardzo nie przejmuję, co, jak na mnie, jest co najmniej dziwne. Nasz freestyle nie będzie spektakularny, nie zapadnie nikomu w pamięć, nie powali na kolana… i nie ma taki być. Moim celem jest pokazać mojemu psu, że to jest naprawdę fajne i bawić się tak, jakbyśmy byli na naszej łące, odpoczywając od natłoku spraw codziennych. Ja wiem, że on umie znacznie więcej, ale nie chcę ani jego ani siebie przytłoczyć oczekiwaniami. Ani swoimi, ani innych.

Dlaczego z Fuu się ciężko pracuje? Oczywiście, że to moja wina ;) Jim nauczył mnie wiele i kiedy przezwyciężyliśmy jego największe problemy poczułam się jak wszystkowiedzący trener o kilkudziesięcioletnim stażu jak stąd do kosmosu. Wzięłam więc małego Fuu i popełniałam błąd za błędem, usiłując pracować z nim podobnie jak z małym Jimem. A moje psy są tak różne… Nie zauważyłam, że Fuu bardzo łatwo się stresuje, bardzo łatwo ten stres kumuluje. Nie nauczyłam go, jak sobie ma z tym radzić. I teraz zbieram żniwo podobnych działań. Na szczęście człowiek uczy się na błędach i jesteśmy na dobrej, choć koszmarnie krętej drodze. Teraz wiem, czego w przyszłości unikać – i wiem to dzięki Fuu :)

Dzisiaj ponownie bajk i ten gwizd wiatru w uszach i niezwykły kontakt z psem przede mną. Uwielbiam, gdy pracujemy razem, na równi, z bananami na mordach ;)

KJFy świątecznie-refleksyjnie